Ciało wystawia rachunek wcześniej niż głowa

W poprzednim odcinku pisałem o samotności właściciela gabinetu. Można mieć wokół siebie zespół, pacjentów, pełen grafik i rodzinę, a mimo to najważniejsze decyzje dalej podejmować samodzielnie.
Dzisiaj chcę pójść krok dalej.
Bo zanim przeciążenie widać w wynikach, relacjach z zespołem albo kolejnej trudnej rozmowie, bardzo często najpierw widać je we własnym ciele.
Głowa potrafi negocjować. Ciało dużo mniej.
Głowa właściciela gabinetu jest świetna w tłumaczeniu rzeczy, które w dłuższej perspektywie nie są dla niego dobre.
Jeszcze dziś odpiszę na wiadomości. Jeszcze tylko ten miesiąc. Teraz trwa rekrutacja. Teraz jest trudny okres. Teraz trzeba docisnąć. Odpocznę, kiedy będzie spokojniej.
Tylko że ten spokojniejszy moment często nie przychodzi.
W pewnym momencie pojawia się poranne zmęczenie, napięcie, płytszy sen, rozdrażnienie, brak cierpliwości do ludzi albo poczucie, że nawet po weekendzie nie ma prawdziwego odpoczynku.
Łatwo wtedy powiedzieć: „mam dużo stresu”.
Ale czasem warto powiedzieć to uczciwiej: tempo, które narzuciłem sobie i firmie, przestało być dla mnie do utrzymania.
Nie piszę tego jako lekarz ani dietetyk. Piszę jako ktoś, kto widzi wielu właścicieli gabinetów. Są odpowiedzialni, ambitni i naprawdę dobrze radzą sobie w kryzysie. Problem w tym, że zbyt długo robią to kosztem siebie.
Sen nie jest nagrodą
Wśród przedsiębiorców sen często traktujemy jak luksus. Jak coś, na co można sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy wszystko inne jest już zrobione.
A przecież przy niewyspaniu nawet małe problemy zaczynają wyglądać jak duże. Trudniej spokojnie porozmawiać z zespołem. Trudniej podjąć decyzję. Trudniej nie reagować impulsywnie na kolejną wiadomość, reklamację albo zmianę w grafiku.
Właściciel gabinetu często nie potrzebuje kolejnej aplikacji do produktywności.
Potrzebuje się wyspać.
To banalne tylko do momentu, w którym człowiek zaczyna traktować sen jak część swojej pracy, a nie nagrodę po pracy.
Nie chodzi nawet wyłącznie o liczbę godzin. Dużo zmienia sam rytm. Stała pora zasypiania i pobudki, mniej ekranów wieczorem, telefon poza sypialnią, zamknięcie spraw z gabinetu zanim położymy się do łóżka.
Dobry sen zaczyna się dużo wcześniej niż w chwili, kiedy głowa dotyka poduszki.
Wieczór nie powinien być drugim dyżurem
Gabinet jest już zamknięty. Pacjenci wyszli. Zespół wrócił do domu.
A właściciel nadal odpisuje, analizuje, sprawdza liczby, reaguje na komunikator i w głowie układa jutrzejszy dzień.
To nie jest odpoczynek. To jest drugi dyżur, tylko bez nazwy.
Nie trzeba robić z wieczoru ideologii ani budować perfekcyjnej rutyny. Wystarczy prosty sygnał: dzień się skończył.
Krótki spacer. Ciepły prysznic. Kilka stron książki. Lista rzeczy na jutro, żeby nie nosić ich w głowie. Telefon odłożony dalej niż na wyciągnięcie ręki.
Telefon przy łóżku dla wielu właścicieli nie jest tylko telefonem. To skrzynka z potencjalnym problemem. Nawet jeśli nikt akurat nie pisze, sama jego obecność potrafi trzymać głowę w gotowości.
A gotowość jest przeciwieństwem regeneracji.
Poranek ustawia rytm
Wiele osób myśli o śnie dopiero wieczorem. Tymczasem poranek też robi dużą różnicę.
Jeżeli pierwszym ruchem po przebudzeniu jest telefon, dzień zaczyna się od cudzych spraw. Wiadomości, powiadomienia, pacjenci, zespół, bank, problemy i pytania, na które ktoś oczekuje odpowiedzi.
Zanim jeszcze wstaniesz, jesteś już w środku czyjegoś chaosu.
Dlatego warto zostawić sobie choć chwilę przed tym wszystkim. Nie godzinna poranna rutyna z amerykańskiego podcastu. Czasem wystarczy 10 minut, żeby zacząć dzień od siebie, a nie od kolejnego powiadomienia. Woda, światło dzienne, balkon albo taras, kilka kroków, krótki spacer z psem.
Ruch nie jest dodatkiem
Podobnie jest z ruchem.
Nie każdy musi biegać. Nie każdy musi lubić siłownię. Nie każdy musi mierzyć trening zegarkiem i analizować wszystko w aplikacji.
Ale każdy potrzebuje czegoś, co regularnie wyprowadza go z trybu siedzenia, napięcia i działania wyłącznie głową.
Spacer, rower, basen, rozciąganie, siłownia, szybki marsz. Forma jest mniej ważna niż regularność.
Właściciele gabinetów często mówią, że nie mają czasu na ruch. Rozumiem to, bo firma potrafi wypełnić każdą wolną godzinę.
Ale ciało nie pyta, czy miałeś czas. Ono po prostu pamięta o bezruchu, napięciu i braku regeneracji.
Dlatego traktuję ruch nie jako dodatek do życia, ale jako element zdolności do dalszego działania. Chcesz przez wiele lat prowadzić firmę, podejmować dobre decyzje, pracować z ludźmi, podróżować i mieć energię dla rodziny. To ciało musi Ci to umożliwić.
Nie potrzebujesz rewolucji
Nie proponuję, żeby od jutra zmieniać całe życie.
Nie trzeba wyrzucać telefonu z domu, kupować sprzętu treningowego, liczyć każdego posiłku i wstawać o piątej rano. To zwykle kończy się równie szybko, jak się zaczyna.
Wybierz jedną rzecz na najbliższe 7 dni.
Może telefon poza sypialnią?
Może stała godzina kończenia pracy?
Może 10 minut naturalnego światła o poranku?
Może krótki spacer po pracy?
Może dwa treningi zamiast żadnego?
Nie chodzi o perfekcję. Chodzi o pierwszy komunikat dla siebie: przestaję traktować swoje ciało jak narzędzie, które ma wytrzymać wszystko.
Właściciel też potrzebuje bazy
Rozsądny właściciel gabinetu powinien mieć dużo wspólnego z profesjonalnym sportowcem.
Nie dlatego, że musi trenować jak zawodowiec. Raczej dlatego, że wysoki poziom działania wymaga rytmu, regeneracji i podstaw, o które dbam zanim pojawi się kryzys.
Nie budujesz odporności w dniu, w którym zespół przynosi kolejny problem. Budujesz ją wcześniej - snem, spokojniejszym wieczorem, ruchem i przestrzenią bez ciągłego dyżuru.
Bo trudno prowadzić spokojny gabinet w ciele, które od dawna działa w trybie alarmowym.
W kolejnym odcinku poruszę temat wsparcia z zewnątrz. Psychoterapii, mentoringu, rozmowy z kimś, kto potrafi spojrzeć z boku. Nie trzeba wszystkiego dźwigać samemu, nawet jeśli przez lata właśnie tak było.
Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
Arek Buziewicz
Czytaj dalej
Wróć do biblioteki, aby przeglądać inne wpisy.
